Historia Pera
Ludzik Per miał w głowie jednocześnie i pełno i pusto. Nie wiedział co myśleć. Łapał się na tym, że zadaje sobie na głos dziwnie brzmiące pytania. Ludziki zauważali, że z Perem jest coś nie tak, ale nikt nie umiał, bądź nie miał odwagi aby cokolwiek zrobić.
Per zaczął chodzić na niekończące się spacery. Wychodził często o poranku, a wracał późno w nocy... Przestał o siebie dbać, nie zmieniał ubrania, chodził nie umyty i brudny. Deszcz, burze, czy też padający śnieg nie istniały dla niego. Stworzył własny świat, odgrodził się wysokim murem od rzeczywistości. Wpadając w zaspę śnieżną, podnosił się i szedł dalej... upadając do ogromnej kałuży wstawał po chwili lekko zaskoczony i z tą samą nic nie mówiącą twarzą kontynuował swą wędrówkę. Wracał do domu późną nocą. Siadał wówczas przy ognisku wyprostowany i zastygał w tej pozie na długie godziny. W jego oczach błyskały iskry, lecz iskry te pochodziły od ognia. Oczy Pera stały się bowiem martwe... Stary Brum próbował raz z nim porozmawiać, ale widząc jego niewidzące spojrzenie i apatię zrezygnował.
Na polance zapanował smutek. Ludzie zaprzestali codziennych potańcówek, rozmów przy ognisku... Udawano, że nic się nie dzieje, ale stan Pera zaczął wzbudzać zatroskanie, w odróżnieniu od początkowej udawanej obojętności. Ludzie starali się okazywać troskę Perowi, przygotowując mu posiłki, nawet asekurując go z pewnej odległości podczas jego wędrówek.
Pewnego dnia Ludzik Per w czasie jednej ze swoich marszrut, zawędrował nad Skarpę. Stanął nad nią, i wpatrzony w ogrom przepaści zamarł.
Stan taki trwał dobrą chwilę, podczas której w Perze zaszła jakaś przemiana. Jego twarz powoli, z szarej maski przerodziła się na powrót w twarz żywego Ludzika. Per odwrócił się w stronę lasu, podniósł głowę, popatrzał na odległą Polankę i cofnął się o krok. Zrobił to tak spokojnie i pewnie jak chyba jeszcze nic w życiu. Pod nogą Ludzika nie było już jednak ziemi, trafiła ona w próżnie pociągając za sobą całe ciało.
Ludzik Wej, który akurat obserwował Pera, opowiadał później, że na twarzy Pera na chwilę przed upadkiem pojawił się wyraz spokoju. Takiego spokoju, który mówił: „Już jest wszystko skończone... już jest dobrze”. Nie było słychać też żadnego krzyku. Ostatnim dźwiękiem jaki usłyszał Wej było głuche uderzenie ciała o skały.
... tak odszedł Per ...
Dwa dni trwała na Polance żałoba, po czym życie wróciło do normy... Wyczuwało się nawet pewną ulgę, że to już po wszystkim... Wkrótce urządzono zabawę, po której już nikt nie pamiętał o istnieniu ludzika o imieniu Per. Bardzo dziwnego i smutnego Ludzika... Dlaczego skoczył? Nigdy już się nie dowiemy, miejmy nadzieję jednak, że uwolnił się od swoich trosk i smutków. Swoją tajemnicę postanowił bowiem zabrać ze sobą.
Per zaczął chodzić na niekończące się spacery. Wychodził często o poranku, a wracał późno w nocy... Przestał o siebie dbać, nie zmieniał ubrania, chodził nie umyty i brudny. Deszcz, burze, czy też padający śnieg nie istniały dla niego. Stworzył własny świat, odgrodził się wysokim murem od rzeczywistości. Wpadając w zaspę śnieżną, podnosił się i szedł dalej... upadając do ogromnej kałuży wstawał po chwili lekko zaskoczony i z tą samą nic nie mówiącą twarzą kontynuował swą wędrówkę. Wracał do domu późną nocą. Siadał wówczas przy ognisku wyprostowany i zastygał w tej pozie na długie godziny. W jego oczach błyskały iskry, lecz iskry te pochodziły od ognia. Oczy Pera stały się bowiem martwe... Stary Brum próbował raz z nim porozmawiać, ale widząc jego niewidzące spojrzenie i apatię zrezygnował.
Na polance zapanował smutek. Ludzie zaprzestali codziennych potańcówek, rozmów przy ognisku... Udawano, że nic się nie dzieje, ale stan Pera zaczął wzbudzać zatroskanie, w odróżnieniu od początkowej udawanej obojętności. Ludzie starali się okazywać troskę Perowi, przygotowując mu posiłki, nawet asekurując go z pewnej odległości podczas jego wędrówek.
Pewnego dnia Ludzik Per w czasie jednej ze swoich marszrut, zawędrował nad Skarpę. Stanął nad nią, i wpatrzony w ogrom przepaści zamarł.
Stan taki trwał dobrą chwilę, podczas której w Perze zaszła jakaś przemiana. Jego twarz powoli, z szarej maski przerodziła się na powrót w twarz żywego Ludzika. Per odwrócił się w stronę lasu, podniósł głowę, popatrzał na odległą Polankę i cofnął się o krok. Zrobił to tak spokojnie i pewnie jak chyba jeszcze nic w życiu. Pod nogą Ludzika nie było już jednak ziemi, trafiła ona w próżnie pociągając za sobą całe ciało.
Ludzik Wej, który akurat obserwował Pera, opowiadał później, że na twarzy Pera na chwilę przed upadkiem pojawił się wyraz spokoju. Takiego spokoju, który mówił: „Już jest wszystko skończone... już jest dobrze”. Nie było słychać też żadnego krzyku. Ostatnim dźwiękiem jaki usłyszał Wej było głuche uderzenie ciała o skały.
... tak odszedł Per ...
Dwa dni trwała na Polance żałoba, po czym życie wróciło do normy... Wyczuwało się nawet pewną ulgę, że to już po wszystkim... Wkrótce urządzono zabawę, po której już nikt nie pamiętał o istnieniu ludzika o imieniu Per. Bardzo dziwnego i smutnego Ludzika... Dlaczego skoczył? Nigdy już się nie dowiemy, miejmy nadzieję jednak, że uwolnił się od swoich trosk i smutków. Swoją tajemnicę postanowił bowiem zabrać ze sobą.