sobota, 8 wrzesień 2007

Historia Pera

Ludzik Per miał w głowie jednocześnie i pełno i pusto. Nie wiedział co myśleć. Łapał się na tym, że zadaje sobie na głos dziwnie brzmiące pytania. Ludziki zauważali, że z Perem jest coś nie tak, ale nikt nie umiał, bądź nie miał odwagi aby cokolwiek zrobić.
Per zaczął chodzić na niekończące się spacery. Wychodził często o poranku, a wracał późno w nocy... Przestał o siebie dbać, nie zmieniał ubrania, chodził nie umyty i brudny. Deszcz, burze, czy też padający śnieg nie istniały dla niego. Stworzył własny świat, odgrodził się wysokim murem od rzeczywistości. Wpadając w zaspę śnieżną, podnosił się i szedł dalej... upadając do ogromnej kałuży wstawał po chwili lekko zaskoczony i z tą samą nic nie mówiącą twarzą kontynuował swą wędrówkę. Wracał do domu późną nocą. Siadał wówczas przy ognisku wyprostowany i zastygał w tej pozie na długie godziny. W jego oczach błyskały iskry, lecz iskry te pochodziły od ognia. Oczy Pera stały się bowiem martwe... Stary Brum próbował raz z nim porozmawiać, ale widząc jego niewidzące spojrzenie i apatię zrezygnował.
Na polance zapanował smutek. Ludzie zaprzestali codziennych potańcówek, rozmów przy ognisku... Udawano, że nic się nie dzieje, ale stan Pera zaczął wzbudzać zatroskanie, w odróżnieniu od początkowej udawanej obojętności. Ludzie starali się okazywać troskę Perowi, przygotowując mu posiłki, nawet asekurując go z pewnej odległości podczas jego wędrówek.
Pewnego dnia Ludzik Per w czasie jednej ze swoich marszrut, zawędrował nad Skarpę. Stanął nad nią, i wpatrzony w ogrom przepaści zamarł.
Stan taki trwał dobrą chwilę, podczas której w Perze zaszła jakaś przemiana. Jego twarz powoli, z szarej maski przerodziła się na powrót w twarz żywego Ludzika. Per odwrócił się w stronę lasu, podniósł głowę, popatrzał na odległą Polankę i cofnął się o krok. Zrobił to tak spokojnie i pewnie jak chyba jeszcze nic w życiu. Pod nogą Ludzika nie było już jednak ziemi, trafiła ona w próżnie pociągając za sobą całe ciało.

Ludzik Wej, który akurat obserwował Pera, opowiadał później, że na twarzy Pera na chwilę przed upadkiem pojawił się wyraz spokoju. Takiego spokoju, który mówił: „Już jest wszystko skończone... już jest dobrze”. Nie było słychać też żadnego krzyku. Ostatnim dźwiękiem jaki usłyszał Wej było głuche uderzenie ciała o skały.

... tak odszedł Per ...

Dwa dni trwała na Polance żałoba, po czym życie wróciło do normy... Wyczuwało się nawet pewną ulgę, że to już po wszystkim... Wkrótce urządzono zabawę, po której już nikt nie pamiętał o istnieniu ludzika o imieniu Per. Bardzo dziwnego i smutnego Ludzika... Dlaczego skoczył? Nigdy już się nie dowiemy, miejmy nadzieję jednak, że uwolnił się od swoich trosk i smutków. Swoją tajemnicę postanowił bowiem zabrać ze sobą.

Etykiety: , , , ,

wtorek, 4 wrzesień 2007

Piorun i bohaterska wyprawa Tfuja

Była późna jesień. Ludziki zajmowały się uszczelnianiem przed zimą domków, zbierały w tym celu opadłe z drzew liście i gałązki. Działalnością tą parały się głównie panie Ludzikowe, chodząc po lesie i jak to zwykle kobiety plotkując bez przerwy... Panowie Ludziki, spędzali ten czas szukając miejsca na polance, aby było tam, jak to powiedział Ludzik Huś :”Miło, ciepło i spokojnie”. Dobre miejsce na odpoczynek miało następujące cechy szczególne: musiało być suche, mięciutkie oraz dobrze by było, gdyby ogrzewało je ostatnimi ciepłymi promieniami słoneczko.

Czytelniczki pewno oburzają się zastanawiając się: „Jak to, po czym oni odpoczywają? Przecież jedzenie przygotowują kobiety, o dom dbają kobiety, oraz wszystko inne również robią panie!! Toż to absurd!!”. Ja ze swej strony zgadzam się najzupełniej z paniami, ale cóż, ja tylko opisuje te zdarzenia... Porozmawiajcie panie z Ludzikami, nie ze mną!

Tak czy inaczej, podczas takiego niczym nie zasłużonego odpoczynku potężny huk wstrząsnął polanką. Niebo błysnęło i oszczep piorunu dosięgnął pobliskie drzewo. Panowie zerwali się ze swych leżanek, przecierając oczy ze zdumienia. Dało się słyszeć pomrukiwania :” Co znowu?”, „Nawet odpocząć nie dadzą...”. Ludziki wpatrywali się w olbrzymi płomień jaki powstał na pobliskim drzewie. Nikt nie miał pojęcia co to takiego... Nagle towarzystwo zostało poruszone jeszcze jednym hałasem... Ze strony lasu nadbiegły, z nieartykułowanymi okrzykami na ustach i z przerażeniem w oczach szlachetne ludzikowe damy! Panie ludzikowe co ogólnie wiadomo nie wpadają łatwo w panikę, ale proszę zrozumieć, gdy podczas zbierania jagódek, w pobliskie drzewo trafi piorun gigant, nawet największy Ptak Drapieżca zamieni się w małą myszkę... i popiskując ucieknie. Zachowanie pań było więc całkowicie zrozumiałe.
Wśród wzbierającego hałasu, paniki ale i głosów oburzenia („Jak to śmiało pierdyknąć akurat w nas!”), jedynym który zachował spokój był Stary Brum. Stanął na środku polany i powiedział: „Drodzy moi, uspokójcie się. To nie jest nic strasznego, to tylko piorun! Widziałem w swojej młodości już takie. Nie robią krzywdy ludzikom.” – w tym momencie dało się słyszeć odgłosy uspokojenia w tłumie – „ chyba że ”- kontynuował Stary Brum –„ stoi się blisko, piorun trafi w drzewo pod którym się stoi, w dom w którym się siedzi, lub trawa jest tak wysuszona że w mgnieniu oka zapala się! Piorun nie jest straszny, lecz ogień jest straszny!” Ludzie na te słowa przestali wydawać uspokajające okrzyki, tylko znowu zaczęli panikować...

Tfuj patrzył na to wszystko zamyślony... „Jakaż to ogromna moc jest wewnątrz takiego pioruna.” Postanowił zobaczyć z bliska jak wygląda miejsce tragedii. Płonące drzewo widać było z daleka, więc obranie kierunku i dojście nie stanowiło problemu. Przedzierając się przez las Tfuj pomagał sobie specjalnie do tego celu stworzoną drewnianą laseczką. Doszedłszy na miejsce stanął jak wryty. Oczom jego ukazał się ogrom zniszczeń. Piorun uderzając w drzewo przepołowił je na pół, powodując ogromny pożar.

Tfuj zaintrygowany dotknął ręką palącego się konara, chwilę potem skakał machając jak wariat oparzoną ręką i krzycząc :”aj aj aj, boli!”. Taki był pierwszy kontakt Ludzików z ogniem. Nie myśląc co robi Tfuj postanowił ukarać głupi konar, bijąc go swoją drewnianą laską. Po chwili ku swojemu zdumieniu zauważył, że bezczelny ogień przedostał się na jego osobistą laseczkę! Wytrącony tym z równowagi, mając dość denerwującego drzewa zerwał się na nogi i pobiegł co sił w nogach na Ludzikową Polankę.

Wbiegł na nią na tyle głośno, że wszystkie ludziki zgromadziły się wokół niego patrząc z przejęciem. Tfuj nie wiedział co ze sobą począć, więc bezmyślnie oparł się o swoją drewnianą pomoc. Zauważył wówczas, że ona się pali!! Chciał ją wyrzucić, ale w ostatniej chwili powstrzymał go głos Starego Bruma : „Tfuj, podejdź, odważny ludziku! Podejdź i opowiadaj w jaki sposób zdobyłeś ogień dla nas!”.

Tfuj nie był w ciemię bity, więc szybko się opanował, wytarł jakąś zagubioną łżę, stanął na środku polanki podniósłszy w górę laseczkę rzekł swoim wibrująco – irytującym falsetem: „Tak, mam dla was ogień! Przeszedłem przez piekło aby go przynieść” – zauważył u jednej z dziewcząt wyraz podziwu, więc dodał –„Trzy razy! A potem kiedy już go miałem, jeszcze dwa!”.

Z uzbieranych gałęzi na środku polanki zrobiono coś jak chatkę, po czym przy ogólnej radości i nagradzany licznymi brawami, Ludzik Tfuj rzucił swoją drewnianą laseczkę w środek stosu drewien. Odwrócił się, i jak nikt nie widział, przetarł czoło z potu i odetchnął...

Do końca dnia Tfuj opowiadał swoją bohaterską historię, i nikogo doprawdy nie zdziwiło, kiedy nazajutrz w opowieści pojawiły się pierwsze Ptaki Drapieżcy i Wilki Ludzikojady oraz inne paskudne stwory...

W dwa tygodnie po wydarzeniu po Polance zaczęła krążyć pieśń:

Dzielny Tfuj, waleczny Ludzik
Ogień wydarł z rąk potworów
Ciepło przyniósł, prawie zginął
Bohaterski dzielny ludzik.
Nie boi się Ptaszysk,
Pluje na węże, po ogień
Do piekła wszedł, nie raz

Taki to jest nasz
Niezwyciężony
Odważny i dzielny
Ludzik Tfuj.

Wydaje się zaskakujące, że pierwszy raz pieśń tę usłyszano wydobywającą się z domku Tfuja. Nie zastanawiano się jednak nad tym, tak że wkrótce pieśń ta była na ustach wszystkich, a Tfuj chodził dumny jak nigdy dotąd. Mijając piękne dziewczyny, tylko delikatnie kiwał im głową, tak aby zauważyły że robi to bez żadnych emocji, jak prawdziwy bohater. Cóż, taki jest żywot bohaterów.

Etykiety:

niedziela, 2 wrzesień 2007

Narodziny religi

Ludziki żyły sobie szczęśliwie, pobudowały domki z drzewa, pokryły je liśćmi. Całą polankę zajmowały te niewielkie budowle. pomiędzy nimi wiły się wydeptane ścieżki. W dzień panowie ludziki zbierali jedzenie, korzonki roślin, owoce, czasami nawet polowali na grubego zwierza. Panie dbały o dom, przygotowywały jedzenie, oraz poszukiwały na łąkach nowych jajek, z których wykluwały się nowe Ludziki. Ludziki były szczęśliwie. Lubiły swoją polankę, wspólne poranne śniadania i wieczorne biesiady. Mogło to trwać i trwać, ale pewnego dnia coś się zmieniło...

A zaczęło się od tego, że panom udało się złapać zająca. Kiedy do tego doszło zwołano Ogólną Naradę Ludzików. Problem polegał na tym, że Ludziki po raz pierwszy zostały postawione w takiej niezręcznej sytuacji... Po kolei, Ludziki podchodziły do zająca, i przyglądały mu się... Niejedna pani Ludzik, na widok zwierzaka za kratkami popuściła ukradkiem łezkę... Ludziki bowiem lubiły zajączki i schwytanie go wydawało się dla większości czymś niestosownym. Prawdopodobnie zdecydowano by się puścić zajączka, a może nawet go przeprosić, gdyby się nie wtrącił Tfuj.

Ludzik o imieniu Tfuj był przywódcą oddziałku Ludzików, który schwytał drapieżcę... Tfuj stanął na środku polany, wyprostował się i rzekł tak głośno i donośnie że jego głosik zamienił sie w żałosny pisk :"My jesteśmy Panami świata i mamy prawo chwytać i jeść inne zwierzęta! Mamy takie prawo ponieważ jesteśmy najważniejsi!". Na te słowa wśród zgromadzonych nastąpiło poruszenie... dało się słyszeć głosy :"Hańba, nie mamy prawa zabijać innych!", ale także i "Masz rację! Zjedzmy go!". Jedna osoba się nie odzywała. Stary Brum siedział na kamieniu i zamyślony wpatrywał się w Tfuja. Jego pomarszczona, mądra twarz nie wyrażała żadnych emocji. Czyżby coś przewidywał?
Po kilku minutowej niepewności i patrzeniu jeden na drugiego postanowiono zjeść zająca... rozpalono na środku polany ogień (zdobyty przez Tfuja w bardzo bohaterskiej wyprawie) i przy ogólnej radości i zabawie najedzono się do syta...

Następnego dnia Tfuj wygłosił mowę: "To że my możemy jeść inne zwierzęta, to że możemy uprawiać pola, a także to że jesteśmy najmądrzejści w naszym lesie spowodowane jest tym, że pochodzimy od Goga!".

Ludziki pokiwali głowami ze zrozumieniem i patrząc jeden na drugiego z głupkowatym uśmiechem poszli każdy w swoją stronę... Myśleli sobie: "Czy to pierwszy raz Tfuj opowiada głupoty? Napił się pewno soku z borówek i mu odbiło...", "Gog? jaki Gog?"

Tylko stary Brum się nie odzywał. Kreślił jakieś linie patykiem na ziemi, i wyglądał mądrzej niż kiedykolwiek.

W następnych tygodniach imię Goga było wymieniane coraz częściej... Kobiety zaczęły nawet śpiewać piosenki wychwalające Goga... Kulminacją był pewien przykry wypadek... a może nie wypadek? Kto wie...

Otóż pewnego dnia, Ludzik o imieniu Hupa, wracał z grzybobrania do domku...
Skacząc z nogi na nogę podśpiewywał sobie i gwizdał coś pod nosem. Mijając skarpę, tak głęboką że nie widać w niej dna, poślizgnął się biedaczyna i runął w przepaść...

Ludziki dowiedziały się o tym wydarzeniu z ust Ludzika Tfuj... Zgromadził on bowiem wszystkich ludzików na polance i przemówił mocnym, kamiennym głosem który znowu zabrzmiał raczej żałośnie :"Dzisiaj stała się rzecz radosna! Musimy się cieszyć! Pierwszy raz w historii Ludzik został zabrany przez Goga do Krainy Za Skarpą! Wystawimy obok skarpy wartę. Będzie ona czekać na Ludzika Hupa przez 7 dni. Jeśli nie wróci oznaczać to będzie, że w Krainie Za Skarpą jest tak niewiarygodnie szczęśliwy, że nie chce wracać tutaj! Aby podziękować Gogowi za zabranie Hupy urządzimy dzisiaj wielką ucztę!".

Oświadczenie to spowodowało mały zamęt. Ludzik Duś zarzekał się bowiem, że widział ja Ludzik Hupa po prostu się potknął o korzeń i zjechał na tyłku do przepaści... Podobno nawet słyszał jak podczas lotu w dół Hupa pozwolił sobie użyć słowo powszechnie uznane za obraźliwe...

Ludzik Tfuj twardo z takimi oportunistami się rozprawiał, mówiąc, że oni niewarci są tego aby uwierzyć w Goga, i najlepiej, według niego byłoby, aby opuścili polankę...

Ludziki były zagubione... z jednej strony zdawały sobie sprawę, że Hupa nie pierwszy raz zrobił coś głupiego, i bardzo prawdopodobne było, że i tym razem wywinął kozła, tym razem ostatecznego... z drugiej jednak strony bali się Tfuja, jego pewności siebie, podniesionego, wwiercającego się w mózg piskliwego głosu i zamiaru wypędzenia z polanki...

Dni jednak mijały i z biegiem czasu Ludziki przyzwyczaimy się do Goga. Jeśli któryś z Ludzików zmarł, na przykład pożarty przez Ptaka Drapieżcę, dla pewności ciało zrzucali z urwiska, tak aby dostało się do Krainy Za Skarpą...po czym wyprawiano wielką ucztę w podziękowaniu Gogowi... najczęściej podczas takiej uczty zjadano także kolejnego zająca.

Zachowanie jednej tylko osoby budziło zdziwienie... Stary Brum zaszył się w swoim domku i praktycznie przestał z niego wychodzić... Stał się odludkiem...Jak ktoś go zaczepiał ten zaczynał się tylko szaleńczo śmiać, bić się po kolanach i szeptać poprzez łzy "Tyłek, tyłek... on zjechał przecież na tyłku!!"

Etykiety:

sobota, 1 wrzesień 2007

Narodziny Ludzików

Słońce zapłonęło na niebie. Wkoło na całej polance zrobiło się jasno i ciepło. Rozrzucone wśród traw jajka zaczęły wydawać dziwne dzwięki oraz podrygiwać. Jedno z jajek wyróżniające się bardzo nietypowym kształtem jak na jajko, zaczęło pękać. Kształt był nietypowy bo przypominał sześcian. Jajka w kształcie sześcianu są zasadniczo rzadkością, tym nie mniej w tym wypadku jajko miało taki kształt i trzeba ten fakt przyjąć do wiadomości. Najpierw zaczęło lekko drżeć, później pojawiły się pierwsze rysy. Na jasnej skorupce zauważyć można było wyraźne uszkodzenia... Pojawiła się łapka, potem druga... Ludzik zdołał wstać, odrzucił resztki skorupek które rozsypały się po okolicy.
Pamperek był mały, co nie dziwi, gdy się spojrzy na resztkę jajka z którego wyszedł - też było małe. Był golutki, ale na razie nie wiedział że tak nie wypada. Wyprostował się i przeciągnął z rozmachem. Pomyślał: "Życie! Całe życie przede mną! Kolorowe, radosne i tajemnicze! Co z nim zrobię?". Rozejrzał się uważnie po okolicy. Drzewa, kamienie... niebo. hmmm... ptak!

Wydaje się niesprawiedliwym, że Ludzik rozpoczął swoje życie od spotkania oko w oko z najbardziej bezwzględnym ptakiem ludzikożercą jaki istnieje... ale skoro ludzik urodził się z jajka o zupełnie nieprawdopodobnym kształcie to i spotkanie ptaka ludzikożercy nie wydaje się niczym szczególnym. Ptak ów zauważył ludzika. Popatrzeli wzajemnie na siebie. Ludzik z wysoko podniesioną główką z zaciekawieniem i zauroczeniem w oczkach, a ptak z bardzo nisko opuszczonym dziobem i z wyraźnym znudzeniem. Różnica wielkości tych osobników była ogromna. Ludzik po kilku minutach doszedł do wniosku, że nie lubi ptaka. Ptak jest za duży i za groźny. Nie można się z nim bawić, zasłania słońce oraz przy każdym oddechu powstaje wicher, który o mało nie obala Ludzika z nóg. Nie są to rzeczy które Ludziki lubią. Ptak ostatecznie doszedł do wniosku, zje Ludzika.

Wniosek ten był oczywisty głównie z tego powodu, że nigdy jeszcze w swoim życiu ptak nie podjął innej decyzji. Jego egzystencja polegała na jedzeniu ludzików a nie na bawieniu się z nimi lub zasłanianiu im słońca.

Wydawało by się że los ludzika jest przesądzony, że drapieżny ptak pożre go, nie dając mu nawet szansy zobaczyć świata na który przyszedł. Chciałbym tu napisać, że Ludzikowi udało się uciec, że zrobił coś niesamowicie sprytnego i zaskakującego, ale niestety. Nie można wymagać takich rzeczy od Ludzika, który dopiero co się wykluł... Ptak niezważając na cały kontekst sytuacji i niestosowność swojego zachowania capnął Ludzika pazurami i rozszarpał delikatne ciałko na kawałeczki.

Byłaby to ostatnia historia o ludzikach, gdyby nie fakt, że ludzików było wielu a ptak drapieżca jeden...